top of page

800 kilometrów po coś więcej niż motocross...

  • Zdjęcie autora: KAMIL
    KAMIL
  • 16 lip
  • 3 minut(y) czytania

Są wyjazdy, które planuje się tygodniami. Są też takie, nad którymi człowiek długo się zastanawia, kalkuluje koszty, czas i zadaje sobie jedno pytanie – czy naprawdę warto?

Tak było z Mníškiem nad Hnilcom.

Kiedy ogłoszono, że jedna z rund Mistrzostw Polski zostanie rozegrana wspólnie z Mistrzostwami Słowacji, opinie były podzielone. Jedni cieszyli się, że w kalendarzu pojawi się coś nowego. Inni uważali, że polska runda nie powinna odbywać się poza granicami kraju. Ja też miałem wątpliwości.



Prawie osiemset kilometrów w jedną stronę. Kilkanaście godzin jazdy samochodem. Nocleg, paliwo i dwa dni pracy z aparatem. Z perspektywy fotografa to nie jest wyjazd, który organizuje się z dnia na dzień.

Mimo wszystko pojechałem.



Dzisiaj wiem, że gdybym miał podjąć tę decyzję jeszcze raz, nie zastanawiałbym się ani chwili. Do pensjonatu dotarłem w sobotnie popołudnie. Nocleg znalazłem tuż pod Spišskim Hradem – zamkiem, który już z daleka robi ogromne wrażenie. To było jedno z tych miejsc, przy których człowiek odruchowo zwalnia samochód, choć doskonale wie, że powinien jechać dalej.



Wieczorem pojechałem jeszcze zobaczyć tor.

Przejść się na spokojnie, zobaczyć światło, poznać układ zakrętów i spróbować wyobrazić sobie, gdzie następnego dnia będą działy się najciekawsze rzeczy.

Już wtedy wiedziałem, że łatwo nie będzie.

Start wspinający się niemal sto metrów pod górę wyglądał imponująco nawet wtedy, gdy tor był pusty. Nazajutrz, kiedy jednocześnie ruszyło kilkudziesięciu zawodników, wyglądał wręcz absurdalnie. Na zdjęciach trudno oddać jego stromość. Na żywo robi jeszcze większe wrażenie. Przyznam szczerze, że jadąc na Słowację spodziewałem się przede wszystkim nowego toru. Nie spodziewałem się natomiast miejsca.


Północna część Słowacji okazała się zupełnie inna, niż sobie wyobrażałem.

Kilka kilometrów od toru mijaliśmy bardzo biedne osiedla. To był widok, którego wcześniej nie kojarzyłem z tym regionem Europy. Kontrast pomiędzy codziennym życiem okolicznych mieszkańców a dużą międzynarodową imprezą sportową był uderzający.

I właśnie ten kontrast został mi w głowie. Na samym torze panowała zupełnie inna atmosfera niż na większości rund, które fotografuję w Polsce.



Było więcej języków, więcej nowych twarzy i poczucie, że to nie jest kolejna runda na dobrze znanym obiekcie. Najbardziej zapamiętałem jednak dzieci. Nie dlatego, że robiły największy hałas. Dlatego, że z ogromnym przejęciem podchodziły do zawodników i prosiły o czapki, koszulki albo inne pamiątki. Po chwili można było zobaczyć je biegające po paddocku w koszulkach zawodników i czapkach producentów motocykli. Mam jedno zdjęcie takiej grupki. Za każdym razem, kiedy na nie patrzę, przypomina mi się atmosfera całego weekendu bardziej niż wyniki poszczególnych wyścigów. Pod koniec dnia wydarzyła się scena, której... nie sfotografowałem. Karol Kędzierski zakończył weekend z dwoma pucharami. Ponieważ była to wspólna runda Mistrzostw Polski i Mistrzostw Słowacji, wracał z dwoma trofeami.

Obok podium stała grupka dzieci. Karol podszedł do nich i jeden z pucharów po prostu im oddał.

Dzieci spojrzały na niego z niedowierzaniem.

– Naprawdę?

– Tak, proszę. Mam ich już sporo.

Nie zdążyłem nawet podnieść aparatu.



Bo czasami są momenty, których nie trzeba mieć na zdjęciu, żeby je zapamiętać. Kiedy wróciłem do domu i zacząłem przeglądać fotografie, złapałem się na czymś jeszcze.

Najlepszym wspomnieniem z tego wyjazdu nie okazało się ani konkretne zdjęcie, ani najlepszy skok, ani nawet najbardziej widowiskowy zakręt. Najbardziej zapamiętałem ludzi.

Atmosferę. Miejsce. To wszystko, co dzieje się pomiędzy kolejnymi biegami, a czego często nie widać na zdjęciach. Może właśnie dlatego coraz częściej mam ochotę fotografować nie tylko sam wyścig, ale wszystko, co dzieje się wokół niego.

Bo motocross to nie tylko walka o sekundy. To również podróże, miejsca i ludzie, których bez tych zawodów prawdopodobnie nigdy bym nie poznał.


Czy warto było przejechać prawie 1600 kilometrów?

Gdybym odpowiedział na to pytanie dzień przed wyjazdem, pewnie jeszcze bym się zastanawiał. Dzisiaj odpowiedź jest prosta. Tak.

Nie dlatego, że wróciłem z tysiącami zdjęć.

Nie dlatego, że zobaczyłem nowy tor.

Dlatego, że wróciłem bogatszy o doświadczenie, którego nie da się zaplanować.

I właśnie dla takich wyjazdów warto czasem spędzić kilkanaście godzin za kierownicą.


Patrząc dzisiaj na fotografie z Mníška nad Hnilcom wiem, że za kilka lat prawdopodobnie nie będę pamiętał, kto wygrał poszczególne biegi.

Za to na pewno będę pamiętał drogę prowadzącą pod Spišski Hrad, pierwszy widok stromego startu, dzieci cieszące się z koszulek podarowanych przez zawodników i moment, którego nie zdążyłem sfotografować.

I chyba właśnie za to najbardziej lubię fotografię.

Nie za możliwość zatrzymania każdej chwili.

Tylko za przypominanie tych, których zatrzymać się nie udało.


To jest chyba najważniejsza rzecz, jaką przywiozłem z tego wyjazdu.

Nie tysiące zdjęć zapisanych na kartach pamięci.

Nie kolejne kilometry przejechane samochodem.

Tylko przekonanie, że czasami warto pojechać naprawdę daleko, żeby wrócić z czymś, czego nie da się zmierzyć ani liczbą wykonanych fotografii, ani miejscem na podium.

Bo są wyjazdy, z których przywozi się zdjęcia.

I są takie, z których przywozi się historie.

Dla mnie Mníšek nad Hnilcom był właśnie jednym z nich.


Do zobaczenia na torze!!




 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń

© 2035 by Zoe Marks. Powered and secured by Wix

bottom of page