top of page

MXGP Loket. Pierwszy raz zostaje na zawsze

  • Zdjęcie autora: KAMIL
    KAMIL
  • 2 sie
  • 9 minut(y) czytania

Są miejsca, o których nie marzy się przez całe życie. Nie wiszą nad biurkiem w formie plakatu, nie odlicza się do nich miesięcy i nie buduje wokół nich wielkich planów. Pojawiają się gdzieś z tyłu głowy, zupełnie niepostrzeżenie. Kiedyś przeglądasz zdjęcia w internecie, zatrzymujesz wzrok na jednej fotografii i myślisz tylko: „Kurczę... fajnie byłoby kiedyś tam być.” Potem wracasz do swoich spraw, a życie toczy się dalej.

Dokładnie tak było z Loket.


Loket zamek na tle toru motocross podczas MXGP

Jeszcze rok wcześniej oglądałem relacje fotografów, którzy wracali z rundy Mistrzostw Świata MXGP. Widziałem charakterystyczny tor położony pomiędzy wzgórzami, tłumy kibiców i zamek górujący nad miasteczkiem. Nie planowałem wtedy wyjazdu. Nie zastanawiałem się, jak zdobyć akredytację ani czy kiedykolwiek będzie mnie na to stać. To było jedno z tych marzeń, które odkłada się na później, nie wierząc do końca, że kiedyś stanie się rzeczywistością.


Kilka miesięcy później siedziałem już za kierownicą samochodu, mając przed sobą blisko dziewięćset kilometrów drogi. Im bliżej byliśmy granicy z Czechami, tym częściej łapałem się na myśli, że to wszystko dzieje się zaskakująco szybko. Jeszcze niedawno oglądałem zdjęcia z Loket z perspektywy ekranu telefonu, a teraz sam jechałem tam z aparatem przewieszonym przez ramię. Nie po to, żeby być kibicem. Po raz pierwszy miałem znaleźć się po drugiej stronie barierek jako fotograf.


Jest 3:07 nad ranem.

Gaszę silnik i przez chwilę nikt z nas się nie odzywa. Przed samochodem kończy się asfalt, nad głową wisi betonowy wiadukt, a wokół panuje taka cisza, że trudno uwierzyć, iż kilkaset metrów dalej znajduje się tor, na którym za kilka godzin będą ścigać się najlepsi zawodnicy świata.

To nie tutaj mieliśmy trafić.

Szukaliśmy parkingu w pobliżu paddocku, ale gdzieś po drodze pomyliliśmy zjazd. Zamiast oświetlonych alejek i rzędów kamperów stoimy na końcu ślepej uliczki. Przez chwilę zastanawiamy się, czy zawrócić. Wystarczy jednak spojrzeć na zegarek. Jest środek nocy, a za nami blisko dziewięćset kilometrów jazdy.

Rozkładamy fotele.

Na kilka godzin to miejsce staje się naszym hotelem.

Gdyby ktoś rok wcześniej powiedział mi, że pierwszą noc podczas MXGP spędzę pod mostem, pewnie uznałbym to za kiepski żart. Rok temu Loket było dla mnie tylko nazwą przewijającą się pod zdjęciami. Rok temu myślałem: Fajnie byłoby kiedyś tam pojechać.


Loket motocross

Patrząc z perspektywy czasu, nie wyobrażam sobie lepszego początku tej historii.

Obudziło nas zimno. Było kilka minut po szóstej, a termometr pokazywał zaledwie siedem stopni. W samochodzie panowała cisza, którą od czasu do czasu przerywały pojedyncze samochody jadące w stronę toru. Otworzyłem drzwi i przez chwilę po prostu stałem, próbując rozbudzić się chłodnym powietrzem. Jeszcze kilka godzin wcześniej byliśmy gdzieś na autostradzie, a teraz od miejsca, które od dawna kojarzyło mi się z motocrossową elitą, dzieliło mnie zaledwie kilkaset metrów.

Do wejścia szliśmy powoli. Nie dlatego, że byliśmy niewyspani, choć trzy godziny snu zdecydowanie nie należą do komfortowych. Bardziej dlatego, że z każdym kolejnym krokiem pojawiało się coś, co przyciągało wzrok. Najpierw pojedyncze kampery, później ogromne ciężarówki zespołów ustawione jedna obok drugiej, w końcu całe rzędy namiotów i zaplecza technicznego. Wszystko budziło się do życia. Mechanicy z kubkami kawy rozmawiali przed ciężarówkami, zawodnicy przemieszczali się skuterami pomiędzy stanowiskami, a kibice z flagami przewieszonymi przez ramiona spokojnym krokiem kierowali się w stronę bramy.

Najbardziej zaskoczył mnie jednak spokój. Spodziewałem się pośpiechu, nerwowej atmosfery i ciągłego biegu. Tymczasem każdy zdawał się dokładnie wiedzieć, co ma robić. Nikt nie biegał. Nikt nie krzyczał. Cały ten ogrom ludzi funkcjonował jak doskonale zgrany mechanizm. Dopiero później zrozumiałem, że właśnie tak wygląda światowy sport – z zewnątrz pełen emocji, od środka oparty na perfekcyjnie poukładanej pracy.

Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyłem bramę z napisem MXGP Loket. Nie była szczególnie okazała. Gdyby postawić ją gdziekolwiek indziej, prawdopodobnie przeszedłbym obok niej obojętnie. Tutaj miała jednak zupełnie inne znaczenie. Jeszcze rok wcześniej oglądałem ją tylko na zdjęciach publikowanych przez innych. Teraz stałem przed nią z własnym aparatem i własną akredytacją.

Nie wyciągnąłem aparatu.

Podium MXGP Loket 2026
Liam Everts #26

To może wydawać się dziwne, ale są chwile, których nie chce się od razu zamykać w kadrze. Najpierw trzeba je przeżyć. Zdjęcie można zrobić za minutę. Wspomnienie buduje się tylko raz.

Pierwsze kroki skierowałem na najwyższą trybunę. Nie szukałem jeszcze miejsc do fotografowania. Chciałem po prostu zobaczyć tor. To właśnie tam po raz pierwszy dotarło do mnie, jak bardzo zdjęcia i transmisje telewizyjne potrafią oszukiwać. Pokazują zakręty, skoki i pojedynki, ale nie są w stanie oddać przestrzeni. Nie pokazują różnic wysokości, naturalnego ukształtowania terenu ani tego, jak harmonijnie cały obiekt wpisuje się w otaczające go wzgórza. W tle ponad drzewami górował zamek, którego niestety nie udało nam się odwiedzić. Już wtedy wiedziałem, że będę musiał kiedyś wrócić do Loket nie tylko dla motocrossu, ale również dla samego miasta.

Schodząc z trybun, coraz mocniej zagłębiałem się w świat, którego wcześniej nie znałem. Do tej pory paddock kojarzył mi się z krajowymi zawodami – namioty, busy, motocykle ustawione na stojakach i mechanicy przygotowujący sprzęt do kolejnych wyścigów. Nawet największe imprezy w Polsce wyglądają przy tym skromnie. Tutaj miałem wrażenie, że trafiłem do zupełnie innego świata.


Padok podczas MXGP Loket

moto w trakcie serwisu przed wyścigiem

Paddock MXGP nie jest zapleczem zawodów. To osobne miasto.

Ogromne ciężarówki po rozłożeniu zamieniają się w nowoczesne warsztaty i biura. Wszystko jest sterylnie czyste. Motocykle ustawione w równych rzędach wyglądają tak, jakby dopiero wyjechały z fabryki. Narzędzia mają swoje miejsce, opony ułożone są z dokładnością, której pozazdrościłby niejeden serwis samochodowy. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że mimo ogromnej liczby ludzi i maszyn nie było tam ani odrobiny chaosu. Każdy wykonywał swoją pracę spokojnie i z niezwykłą precyzją.

Patrząc na mechaników przygotowujących motocykle, po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że wyścig trwa nie trzydzieści minut, ale całe tygodnie. To, co kibice oglądają z trybun, jest jedynie finałem pracy dziesiątek ludzi. Mechaników, kierowców ciężarówek, logistyków, kucharzy i całych zespołów, których nazwisk nikt nie wymienia podczas dekoracji zwycięzców. Dopiero tutaj zrozumiałem, że motocross na tym poziomie przypomina bardziej precyzyjnie działający organizm niż zwykłe zawody sportowe.

Podobne wrażenie zrobiło na mnie Media Centre. W Polsce podczas zawodów fotografów jest kilku. Czasem trzech, czasem pięciu. Tutaj trudno było ich policzyć. Przy długich stołach siedzieli ludzie z aparatami, których do tej pory oglądałem głównie podczas największych imprez sportowych. Jedni selekcjonowali zdjęcia jeszcze w trakcie treningów, inni pisali relacje, ktoś rozmawiał po włosku, obok słyszałem francuski, chwilę później niemiecki i angielski. Szum komputerów mieszał się z odgłosami wciskanych klawiszy i krótkimi rozmowami prowadzonymi półgłosem. Nikt nie tracił czasu. Każdy miał swoje zadanie.

Usiadłem na chwilę z boku i po prostu obserwowałem.

Nie ludzi.

Siebie.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało mi się, że fotografia sportowa kończy się na dobrym zdjęciu. Tutaj zrozumiałem, że to znacznie większy świat. Świat ludzi, którzy żyją od zawodów do zawodów, przemierzają Europę z aparatem na ramieniu i opowiadają sport własnymi zdjęciami. Siedząc wśród nich, nie czułem się ani lepszy, ani gorszy. Czułem przede wszystkim ogromną motywację. Po raz pierwszy naprawdę uwierzyłem, że miejsce, do którego przez lata patrzyłem z dystansu, nie jest już nieosiągalnym marzeniem.

Kiedy wyszedłem z Media Centre, tor tętnił już życiem. Coraz więcej kibiców zajmowało miejsca na trybunach, z głośników zaczynała płynąć muzyka, a w powietrzu unosił się dobrze znany zapach paliwa zmieszany z aromatem świeżo pieczonych czeskich kołaczy. Do dziś trochę żałuję, że żadnego nie spróbowałem.

W tamtej chwili nie wiedziałem jeszcze, że najmocniejsze wspomnienie z całego weekendu nie będzie związane ani z wyścigiem, ani z fotografią.

Wystarczyło poczekać jeszcze kilka minut.


Chwila, dla której pokonuje się setki kilometrów

Są takie momenty, których nie potrafi oddać żadna transmisja telewizyjna. Kamera pokaże idealny start, zbliżenie na zawodników i walkę o pozycje, ale nigdy nie przekaże tego, co dzieje się kilka minut wcześniej.

To właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe MXGP.

Tor jest już przygotowany. Mechanicy schodzą za bandy, zawodnicy ustawiają motocykle na polach startowych, a na trybunach nikt nie szuka już swojego miejsca. Wszyscy wiedzą, że za chwilę wydarzy się coś, na co czekali od wielu miesięcy.

Z głośników zaczyna płynąć muzyka. Nie pamiętam dziś tytułu utworu, ale doskonale pamiętam, jak niósł się pomiędzy wzgórzami otaczającymi tor. Loket ma w sobie coś wyjątkowego. Położenie sprawia, że dźwięk odbija się od zboczy i wraca z każdej strony. Nie jest tylko tłem. Buduje napięcie. Człowiek czuje, że za chwilę wydarzy się coś wielkiego.


Kibice Filip Juszczyk MXGP Loket2026
Oprawa kibiców z Czech

Nagle z różnych miejsc zaczyna rozlegać się charakterystyczny dźwięk grzechotek kibiców. W Polsce również można je usłyszeć, ale tutaj było ich kilkaset. Razem tworzyły rytm przypominający wysoko pracujące silniki motocykli. Przez chwilę miałem wrażenie, że cały tor oddycha jednym tempem. Tysiące ludzi patrzyło dokładnie w to samo miejsce, a mimo hałasu panowała dziwna cisza. Cisza oczekiwania.

Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego ludzie wracają na MXGP każdego roku. Nie dla samego wyścigu. Dla tych kilkunastu sekund przed opadnięciem maszyny startowej. Dla emocji, których nie da się odtworzyć na ekranie komputera ani telefonu.

Kiedy silniki weszły na najwyższe obroty, poczułem drgania w klatce piersiowej. Nie słyszałem już muzyki ani kibiców. Cała uwaga skupiała się na kilkudziesięciu zawodnikach stojących nieruchomo za maszyną startową.

Maszyna opada.

Kilka chwil później pierwszy zakręt znika w tumanach kurzu.


Holeshot MXGP Loket
Zawodnicy MXGP


Jeszcze przed wyjazdem wyobrażałem sobie, że cały weekend spędzę biegając od jednego zakrętu do drugiego. Chciałem zobaczyć jak najwięcej i zrobić jak najwięcej zdjęć. Rzeczywistość bardzo szybko pokazała mi, że takie myślenie nie ma sensu.

Najlepsze fotografie nie powstają dlatego, że fotograf jest wszędzie.

Powstają dlatego, że potrafi cierpliwie czekać.

Jedno ze zdjęć, z którego dziś jestem najbardziej dumny, rodziło się przez kilkanaście minut. Nie szukałem motocykla. Szukałem historii. Przechodziłem z miejsca na miejsce, obserwowałem światło, układ flag i ludzi na trybunach. Dopiero kiedy wszystko zaczęło tworzyć spójną całość, odłożyłem aparat i po prostu czekałem.

Nie wiedziałem, czy zawodnik pojedzie dokładnie tam, gdzie chciałem. Nie wiedziałem, czy flaga nie zasłoni kadru albo czy światło nie zmieni się w ostatniej chwili.

To nie miało znaczenia.

Pierwszy raz od bardzo dawna nie polowałem na wszystko.

Polowałem na jedno zdjęcie.

Finish MXGP Loket

To właśnie Loket nauczyło mnie czegoś, z czym wcześniej często miałem problem. Fotograf sportowy nie musi wracać z tysiącami podobnych ujęć. Czasami jedno zdjęcie opowiada więcej niż sto poprawnych technicznie kadrów. Dzisiaj wiem, że była to jedna z najcenniejszych lekcji, jakie przywiozłem z Czech.

Między kolejnymi wyścigami coraz częściej odkładałem aparat. Brzmi paradoksalnie, ale właśnie wtedy zaczynałem widzieć najwięcej. Motocross nie kończy się na torze. Jest w spojrzeniu ojca poprawiającego gogle synowi przed startem. Jest w mechaniku, który po raz kolejny czyści motocykl, choć za chwilę znów pokryje go błoto. Jest w kibicach, którzy od rana stoją przy tym samym zakręcie, bo właśnie tam od lat oglądają wyścigi.

To społeczność.

Ludzie, którzy każdego roku pokonują setki, a często tysiące kilometrów, żeby przez dwa dni być dokładnie tutaj.

I nagle uświadomiłem sobie coś bardzo prostego.

Przecież ja zrobiłem dokładnie to samo.

Kibice
MXGP - zawodnik

Niedziela od początku miała inny charakter. Na torze było więcej ludzi, więcej flag i więcej emocji. Treningi oraz kwalifikacje ustąpiły miejsca wyścigom, na które czekał cały weekend. Czuć było, że stawka jest znacznie większa.

Szczególnie zapamiętałem wyścig Mistrzostw Europy klasy EMX85. Wśród najlepszych młodych zawodników znalazł się również reprezentant Polski – Filip Juszczyk. Każdy, kto śledzi krajowy motocross, doskonale wie, jak trudno przebić się na europejskim poziomie. Tym bardziej cieszył wynik Filipa. Czwarte miejsce może dla kogoś z zewnątrz nie brzmieć spektakularnie, ale patrząc na poziom rywalizacji, był to naprawdę fantastyczny rezultat i jeden z najmocniejszych polskich akcentów całego weekendu.

Z każdą kolejną godziną coraz mocniej docierało do mnie, że nie chcę jeszcze wracać. Jeszcze dzień wcześniej zastanawiałem się, jak wygląda MXGP od środka. Teraz myślałem już tylko o tym, kiedy znowu będę mógł tu przyjechać.

To uczucie trudno racjonalnie wytłumaczyć.


Kibice podczas MXGP Loket

Motocross był ze mną od lat. Lubiłem motocykle, fotografię i sport. Dopiero w Loket wszystkie te elementy połączyły się w jedną całość. Po raz pierwszy miałem poczucie, że nie jadę tylko zrobić zdjęcia. Jestem częścią czegoś znacznie większego.

Po zakończeniu ostatniego wyścigu nie spieszyłem się do wyjścia. Tłum powoli opuszczał tor. Flagi znikały z barierek, dzieci niosły pod pachą nowo kupione modele motocykli, a mechanicy zaczynali pakować sprzęt do ciężarówek. Jeszcze chwilę wcześniej miejsce tętniło życiem. Teraz powoli wracało do codzienności.

Odwróciłem się jeszcze raz.

Nie zrobiłem zdjęcia.

Nie chciałem.

Nie wszystko musi trafić na kartę pamięci.

Niektóre obrazy lepiej zachować tylko dla siebie.

Przed nami było jeszcze dziewięćset kilometrów drogi do domu. Zmęczenie dawało o sobie znać, ale była to satysfakcja, której trudno szukać gdziekolwiek indziej. Łącznie przez cały weekend przeszliśmy ponad trzydzieści siedem kilometrów. Spaliśmy po kilka godzin, praktycznie cały czas byliśmy w ruchu, a mimo to jedyną myślą, jaka wracała podczas drogi powrotnej, było pytanie, gdzie odbędzie się kolejna runda.

Kilka dni później, siedząc już w domu, włączyłem grę MXGP 2021. Chciałem jeszcze raz przejechać tor w Loket. Już po pierwszym okrążeniu złapałem się na czymś zaskakującym. Znałem ten tor. Wiedziałem, gdzie stoi charakterystyczna trybuna, pamiętałem zakręty, przy których fotografowałem, i miejsca, z których powstały moje ulubione kadry. Gra nagle przestała być tylko grą.


Romain Febvre #1

Później rozpocząłem karierę. Najpierw w klasie MX2, a następnie przesiadłem się do motocykla klasy MXGP. Więcej mocy zmieniło wszystko. Punkty hamowania, prędkość, sposób pokonywania zakrętów. Uruchomiłem realistyczny poziom trudności i po raz kolejny wybrałem Loket.

Wtedy zrozumiałem coś, o czym wcześniej nie myślałem.

Ja mogłem nacisnąć przycisk „restart”.

Oni nie.

Każdy skok, każde hamowanie i każdy atak na rywala wykonywali naprawdę. Nie mieli dodatkowego życia ani możliwości rozpoczęcia wyścigu od nowa. Gra pozwoliła mi jeszcze bardziej docenić ludzi, których kilka dni wcześniej obserwowałem przez wizjer aparatu.


Tom Vialle #16

Dzisiaj, kiedy wracam myślami do Loket, nie pamiętam już wszystkich wyników ani kolejności wyścigów. Pamiętam za to zimny poranek pod mostem, zapach czeskich kołaczy, muzykę niosącą się po wzgórzach, dźwięk grzechotek, kurz unoszący się nad pierwszym zakrętem i moment, w którym aparat przestał być najważniejszy.

Przyjechałem do Czech po zdjęcia.

Wyjechałem z czymś znacznie cenniejszym.

Z przekonaniem, że właśnie odnalazłem miejsce, do którego będę wracał.

Bo są podróże, które kończą się wraz z przekroczeniem progu własnego domu.

Są jednak i takie, które zostają z człowiekiem na długo po powrocie.

Dla mnie pierwsze MXGP w Loket było właśnie jedną z nich. I mam dziwne przeczucie, że za kilka lat nie będę pamiętał, ile zdjęć wtedy zrobiłem. Będę za to doskonale pamiętał, jak czułem się, przechodząc po raz pierwszy przez bramę z napisem MXGP Loket.

A to chyba najlepsza pamiątka, jaką można przywieźć z jakiegokolwiek wyjazdu.


Jeśli po przeczytaniu tego tekstu choć jedna osoba pojedzie pierwszy raz na zawody motocrossowe, to znaczy, że warto było usiąść do jego napisania.


Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń

© 2035 by Zoe Marks. Powered and secured by Wix

bottom of page