top of page

Finał, który miał być świętem motocrossu

25 sie
9 minut(y) czytania




Po Słowacji i moim pierwszym w życiu MXGP w Loket przychodzi czas, żeby wrócić na krajowe podwórko. Tym razem jednak nie na zwykłą rundę, ale na finał Mistrzostw Polski. Jeszcze kilka tygodni wcześniej stałem w Czechach, patrzyłem na najlepszych zawodników świata i chłonąłem wszystko, co działo się wokół toru. Teraz wracam do Polski, do zawodów, które znam znacznie lepiej, do ludzi, których znam z kolejnych weekendów spędzonych z aparatem, i do toru, który od dawna uważam za jeden z ciekawszych w kraju. Ma naturalne ukształtowanie terenu, jest widowiskowy i potrafi zrobić naprawdę dobre widowisko. Tym razem mam też dodatkowy powód, żeby czekać na niedzielę z dużym zainteresowaniem.

Mistrzostwa Polski motocross MX Open

Razem z Ozo postanawiamy przygotować doping podczas wyścigu klasy OPEN. Po Loket nie daje nam spokoju atmosfera tamtejszych zawodów. Race, trąbki, grzechotki, flagi i kibice potrafią sprawić, że zwykły wyścig staje się wydarzeniem. Chcemy sprawdzić, czy choć namiastkę tego klimatu da się zrobić również u nas. Kupujemy potrzebne rzeczy z własnej kieszeni, przygotowujemy banery i zaczynamy namawiać ludzi, żeby na finał zabrali ze sobą wszystko, co może zrobić trochę hałasu. Nie robimy tego dlatego, że ktoś nam za to płaci. Po prostu chcemy zobaczyć, czy polski motocross też potrafi stworzyć taką atmosferę.

Mam możliwość skorzystania z busa od znajomego, więc nie chcę czekać do niedzielnego poranka i ruszam na tor już w sobotę wieczorem. Docieram około godziny dwudziestej, parkuję niedaleko i idę przywitać się z ludźmi. Znajomych twarzy jest mnóstwo, co zawsze przypomina mi, dlaczego tak lubię to środowisko. Z drugiej strony padok wydaje się jakiś inny. Po Loket trudno nie porównywać. Tam widziałem całe motocrossowe miasteczko, ogromne ciężarówki, zaplecze przypominające małe warsztaty i domy jednocześnie, tutaj wszystko jest znacznie mniejsze, bardziej lokalne i swojskie. Nie jest to zarzut. To po prostu różnica skali, którą po pierwszym MXGP dostrzegam zdecydowanie mocniej niż wcześniej.

Sam tor prezentuje się jednak naprawdę dobrze. Banery Yamahy, OC1, Kawasaki, Red Bulla, Onetu i innych partnerów sprawiają, że całość wygląda jak wydarzenie dużej rangi. Patrzę na to i myślę, że właśnie tak powinny wyglądać zawody, które mają być finałem mistrzostw kraju. Jest klimat, jest odpowiednia oprawa, jest miejsce, które samo w sobie potrafi zrobić robotę. Kładę się spać z oczekiwaniem na niedzielę.

Rano jestem na torze od treningów. Aparat praktycznie od początku nie schodzi mi z ramienia, ale dość szybko łapię się na czymś, czego chyba wcześniej nie chciałem do końca zauważać. Nie mam pomysłu na zdjęcia. A może bardziej problem polega na tym, że po Loket moja poprzeczka przesunęła się gdzieś zupełnie indziej. Tam praktycznie każdy zawodnik z czołówki potrafił stworzyć sytuację, którą chciało się fotografować. Prędkość, płynność wejścia w zakręt, sposób prowadzenia motocykla, skoki, walka o pozycję – wszystko działo się tak szybko i dokładnie, że fotograf właściwie cały czas musiał być gotowy. Tutaj jest inaczej. Stawka, która daje mi najwięcej możliwości, często kończy się na pierwszych trzech, czterech, może pięciu zawodnikach. Dalej oczywiście nadal trwa wyścig i każdy z nich walczy o swoje, ale ja nie widzę już tego samego poziomu jazdy, który jeszcze niedawno oglądałem na własne oczy w Loket.

Czasami mam wręcz wrażenie, że zawodnicy jadą ospale. Brakuje mi płynnego wejścia w zakręt, trzymania gazu, tego charakterystycznego sposobu jazdy, który sprawiał, że w Czechach mogłem patrzeć na motocross godzinami. I wtedy muszę sam siebie sprowadzić trochę na ziemię. Przecież to nie są Mistrzostwa Świata. To nasze krajowe zawody. Nie mogę wymagać od polskiego motocrossu poziomu MXGP tylko dlatego, że kilka tygodni wcześniej zobaczyłem światową czołówkę. Właśnie tutaj zaczynają się kariery tych zawodników. To tutaj zdobywa się doświadczenie i walczy o swoje pierwsze poważne sukcesy. Trzeba więc trochę odpuścić porównania.

Tyle że nie muszę długo sam siebie przekonywać. Organizacja szybko przypomina mi, że finał Mistrzostw Polski to nie tylko poziom sportowy.


Jedna z pierwszych sytuacji, która zwraca moją uwagę, ma miejsce jeszcze przed startem wyścigu. Po okrążeniu zapoznawczym na trasie wciąż znajdują się zawodnicy, którzy po kolizji nie zdążyli zjechać. Mimo tego osoba odpowiedzialna za rozpoczęcie wyścigu zaczyna przygotowywać start. Zielona flaga, czas leci, harmonogram trzeba realizować. Tylko że na torze nadal są zawodnicy. Patrzę na to i naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Chwilę później ten sam człowiek, który daje sygnał do rozpoczęcia wyścigu, przeciska się pomiędzy zawodnikami stojącymi już w bramkach startowych, żeby dotrzeć do maszyny startowej. Do tego dochodzą awarie samych bramek. Zawodnik wybiera miejsce, ustawia się, a po chwili okazuje się, że bramka nie działa i musi zmienić pozycję.

Może ktoś powie, że to drobiazgi. Być może. Jeszcze kilka miesięcy temu pewnie przeszedłbym nad tym do porządku dziennego. Po MXGP zacząłem jednak zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałem. Tam wszystko sprawiało wrażenie, jakby każdy człowiek dokładnie wiedział, co ma robić. Tutaj momentami miałem poczucie, że najważniejsze jest to, żeby zgadzał się harmonogram. I właśnie wtedy zaczynam się zastanawiać, czy przy finale Mistrzostw Polski naprawdę powinno tak być.

Na szczęście tego dnia i tak wszystko miało za chwilę zejść na dalszy plan. Przed nami ostatni wyścig klasy OPEN, a wraz z nim walka o tytuł pomiędzy Kubą a Maćkiem.

Nie będę udawał, że podchodzę do tego całkowicie neutralnie. Współpracuję ze Starą Gwardią, mam z Kubą bliższy kontakt, pomagałem też przy przygotowaniu banerów jego kibiców. Naturalne więc, że gdzieś wewnątrz bardziej kibicuję właśnie jemu. Chcę, żeby to Kuba został mistrzem Polski. I nie widzę sensu udawać, że jest inaczej.

Pierwszy wyścig nie układa się dla niego idealnie, ale jest wysoko. Maciek natomiast dwukrotnie się przewraca. Nie widzę dokładnie, co się wydarzyło, więc nie będę tego dopowiadał. Wiem tylko, że po pierwszym wyścigu sytuacja wygląda dla Kuby niemal idealnie. Do tytułu brakuje właściwie bardzo niewiele. Maciek potrzebuje już niemal cudu.

I wtedy zaczyna się drugi wyścig.

Maciek jedzie świetnie. Gabriel Chetnicki, który pojawia się gościnnie podczas ostatniej rundy, również pokazuje tempo, które doskonale pamiętam z Loket. Są momenty, w których znowu widzę ten motocross, który tak bardzo mnie zachwycił w Czechach. Szybko, agresywnie, efektownie. Patrzę przez wizjer aparatu i czuję, że wreszcie mam to, po co przyjechałem. Kuba robi swoje jedzie powtarzalnie okrążenie po okrązeniu. I nagle jego motocykl staje. Początkowo informacja była prosta:zabrakło paliwa. Dopiero później Kuba wyjaśnił mi, że problem był skutkiem uszkodzenia komputera motocykla. Nieważne jednak, jak to nazwać. Dla kibica wyglądało to brutalnie.

Jedno okrążenie przed końcem.


Po całym sezonie, po całej walce, kiedy wszystko wydawało się już niemal rozstrzygnięte, awaria decyduje za zawodnika. Patrzę na to i przez chwilę chyba nie dociera do mnie, co właśnie się wydarzyło.

Później mam w rękach dwa zdjęcia, które chyba najlepiej podsumowują ten dzień. Dwóch dorosłych facetów. Jeden płacze, bo właśnie wygrał. Drugi płacze, bo tytuł był tak blisko, a zabrakło tego jednego, przeklętego okrążenia. Łzy, pot i krew. I tym razem nie jest to metafora.

To jest motocross.

Maciej Więckowski #501 po zdobyciu tytułu MP
Kuba Barczewski #101 po awarii motoru okrążenie przed metą

Wydaje się, że historia została napisana. Maciek wygrywa drugi wyścig. Kuba nie dojeżdża. Koniec. Tylko że właśnie wtedy okazuje się, że to jeszcze wcale nie jest koniec.

Pojawiły się informacje o żółtych flagach, karze, klasyfikacji i tym, kto właściwie zostaje mistrzem.

I tutaj muszę dzisiaj poprawić również siebie.

Kiedy pisałem pierwszą wersję tego tekstu, miałem informacje, że został złożony protest. Nie został.

Była to decyzja sędziego. Jeszcze chwilę później dociera kolejna wiadomość – Kuba przejechał ponad 70 procent wyścigu i zostaje sklasyfikowany. Nagle sytuacja zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. To on zdobywa tytuł Mistrza Polski.

I tutaj muszę powiedzieć coś, co być może zabrzmi dziwnie, szczególnie że sam mu kibicowałem: nie rozumiem tego.

Nie mówię, że decyzja była błędna. Nie mówię też, że była prawidłowa. Po prostu jej nie rozumiem. Miał awarię sprzętu, nie dojechał do mety, nie ukończył wyścigu w sposób, w jaki każdy z nas intuicyjnie rozumie ukończenie wyścigu, a jednak zostaje sklasyfikowany. Być może istnieje konkretny przepis, który dokładnie reguluje tę sytuację. Być może wszystko odbyło się zgodnie z regulaminem. Tylko dlaczego w takim razie zabrakło jasnego komunikatu?

Dlaczego najważniejsza informacja całego sezonu dociera do ludzi z kolejnych rozmów, zamiast zostać oficjalnie przekazana zawodnikom i kibicom? Dlaczego nie wychodzi nikt i nie mówi wprost, co się wydarzyło i na jakiej podstawie podjęto decyzję? Przecież kibice, którzy przez cały sezon przychodzili na te zawody, również zasługują na wyjaśnienie.

I wtedy dochodzi do sceny, której prawdopodobnie długo nie zapomnę.

Maciek już świętuje. Na motocyklu ma przyklejoną jedynkę. Kilkadziesiąt metrów dalej Kuba również świętuje. On także właśnie został mistrzem Polski. Dwóch zawodników, jeden tor, jeden tytuł i przez chwilę wygląda to tak, jakby każdy z nich wygrał. Emocje są ogromne. Tak ogromne, że w pewnym momencie naprawdę niewiele brakuje, żeby pomiędzy kibicami doszło do rękoczynów.

Wokół zaczyna się podział. Jedni mówią, że Kuba został mistrzem dzięki „machlojkom”. Drudzy pytają, jak zawodnik może skakać na żółtej fladze i oczekiwać, że nie będzie za to konsekwencji. Ja stoję gdzieś pomiędzy tym wszystkim. Kibicowałem Kubie i chciałem jego zwycięstwa, ale nadal mam w głowie jedno pytanie: jak można uznać wyścig zawodnika, który nie dojechał do mety, jak można skakać na żółtej fladze?

Może mam niepełne informacje. Może czegoś nie wiem. I właśnie dlatego nie chcę wydawać wyroku. Chcę tylko powiedzieć, że jeśli ja, będąc na miejscu, nie potrafię zrozumieć sytuacji, to co ma pomyśleć człowiek, który oglądał to z trybun i po prostu chciał wiedzieć, kto został mistrzem Polski?

Wydawałoby się, że po takim finale można już tylko spokojnie zakończyć dzień. Nic bardziej mylnego.

Okazuje się, że zaczyna brakować pucharów i nagród. Przychodzi czas dekoracji, a na zdjęciach z wręczania nagród w poszczególnych klasach brakuje zawodników. Od dwóch z nich wiem, że otrzymali informację, iż ogłoszenia mistrzów nie będzie, więc pojechali do domu. Maciek stoi zaledwie kilka metrów od podium i również nie wychodzi. Trudno mi się temu dziwić.

W pewnym momencie zaczynam patrzeć na to wszystko z niedowierzaniem.

To jest finał Mistrzostw Polski. Najważniejszy weekend całego sezonu. Moment, który powinien być świętem zawodników, ich rodzin, mechaników, kibiców i całego środowiska. A zamiast tego mamy chaos.

I właśnie dlatego ten weekend tak bardzo mnie uwiera.

Bo wiele rzeczy zrobiono naprawdę dobrze. Tor wyglądał świetnie. Banery dużych firm budowały atmosferę. Medialnie zawody prezentowały się bardzo dobrze. A kibice pokazali, że można zrobić doping, który naprawdę słychać. Race, flagi, banery, trąbki, grzechotki – przez chwilę czułem się trochę jak w Loket.

I to jest chyba najważniejsza rzecz, jaką wywożę z tego finału. My naprawdę możemy to robić.


Dzisiaj wiem już, że Kuba przejechał wymagane ponad 70 procent wyścigu i dlatego otrzymał punkty. To zmienia sposób, w jaki patrzę na tamtą sytuację.

Ale nie zmienia jednej rzeczy. Informacji wtedy po prostu brakowało.

Nie było jednego jasnego komunikatu.

Były rozmowy, domysły i informacje przekazywane sobie pomiędzy ludźmi stojącymi przy torze. A przecież mówimy o finale Mistrzostw Polski. O wyścigu, w którym rozstrzyga się tytuł. W takich chwilach kibic powinien wiedzieć, co się wydarzyło.

Nie powinien tego dowiadywać się z pięciu różnych wersji krążących po padoku.


Dzisiaj mamy jeszcze jeden element tej historii.

24 sierpnia Polski Związek Motorowy opublikował oficjalny komunikat dotyczący odwołania Macieja Więckowskiego. PZM poinformował, że uwzględnił odwołanie w zakresie anulowania nałożonej na niego kary pięciu pozycji i podjął decyzję o weryfikacji wyników zawodów w klasie MX1.

I nagle historia, którą wydawało mi się, że można było zamknąć w niedzielę po ostatnim wyścigu, nadal trwa.

To jest właśnie ten moment, w którym człowiek musi się zatrzymać.

Bo łatwo jest napisać tekst pod wpływem emocji.

Łatwo napisać:wiem, co się wydarzyło. Tylko że czasami człowiek nie wie.

Czasami wie tylko tyle, ile zobaczył, a czasami dowiaduje się prawdy dopiero kilka dni później. I chyba dlatego ten tekst wygląda dzisiaj trochę inaczej niż ten, który napisałem zaraz po zawodach. Jednego jednak nie muszę zmieniać.

Emocje były prawdziwe. Tak samo jak zdjęcia. Tak samo jak łzy.


puchar MP

Nie potrzebujemy MXGP, żeby mieć atmosferę. Nie potrzebujemy tysięcy ludzi. Potrzebujemy chęci. Właśnie tego dnia zobaczyłem, że polska społeczność motocrossowa potrafi się zmobilizować. Tym bardziej szkoda wszystkiego, co wydarzyło się później.

Wracam też myślami do Chełmna sprzed dwóch lat. Wtedy zawody zostały przerwane w połowie, bo tor był tak zakurzony, że jazda stała się zwyczajnie niebezpieczna. Tym razem problem jest zupełnie inny. Momentami tor jest tak zalany, że trudno nie zadać sobie pytania, czy można było lepiej nad tym zapanować.

kibice podczas MP

Nie chcę jednak robić z tego tekstu aktu oskarżenia przeciwko jednemu klubowi. Chełmno ma ogromną tradycję. Ma tor, który naprawdę potrafi zrobić wrażenie. Ma ludzi, którzy potrafią przygotować bardzo fajne wydarzenie. I właśnie dlatego wymagania wobec finału Mistrzostw Polski powinny być większe.

Bo jeśli robimy zawody tej rangi, nie wystarczy dobrze przygotowany tor i banery sponsorów. Potrzebna jest jeszcze organizacja tego, czego kibic często nawet nie widzi. Jasne zasady, jasna komunikacja, odpowiedzialność, przewidywanie sytuacji i szacunek dla zawodników, którzy przez cały sezon pracują na jeden dzień.

Po Loket wróciłem do Polski z głową pełną obrazów. Widziałem, jak wygląda światowy motocross. Widziałem ogromny paddock, media centre, setki ludzi pracujących jak jeden organizm i zawodników jadących na granicy możliwości. Wróciłem jednak z przekonaniem, że nasze zawody też mogą mieć swój charakter. I nadal tak uważam.

Nie chcę, żeby ten tekst był narzekaniem człowieka, który zobaczył MXGP i teraz wszystko w Polsce uważa za złe. Wręcz przeciwnie. Właśnie dlatego, że coraz bardziej zależy mi na polskim motocrossie, takie rzeczy zaczynają mnie boleć. Bo widzę potencjał. Widzę zawodników, kibiców, fotografów i ludzi, którzy poświęcają swój czas i pieniądze tylko po to, żeby ten sport był coraz większy.

My swoją cegiełkę dokładamy aparatem. Ktoś inny flagą. Ktoś banerem. Ktoś pracą przy torze. Ktoś prowadzeniem zawodnika. Ktoś przychodzi po prostu kibicować. To wszystko ma znaczenie.

Dlatego tym bardziej nie chcę, żeby finał Mistrzostw Polski kojarzył mi się przede wszystkim z chaosem.

Bo motocross dał nam tego dnia wszystko, czego można oczekiwać od sportu. Była walka, dramaturgia, upadki, pot, krew i łzy. Był zawodnik, któremu zabrakło jedno okrążenie przed końcem. Był drugi, który był o krok od tytułu. Była historia, której nie wymyśliłby chyba żaden scenarzysta.

Szkoda tylko, że kiedy ucichły silniki, tak trudno było odpowiedzieć na jedno proste pytanie:

kto właściwie został mistrzem Polski?

I chyba właśnie dlatego po tym finale zamiast wielkiej satysfakcji czuję niedosyt.


Dlatego, że przy tak ogromnych emocjach, przy takim wysiłku zawodników i przy tak ważnym momencie dla całego sezonu chciałbym po prostu wiedzieć, że wszystko zostało zrobione tak, jak należy.

Bo polski motocross zasługuje na więcej.

Nie dlatego, że jest zły.

Właśnie dlatego, że ma w sobie naprawdę dużo dobrego.

A ja chciałbym za kilka lat wrócić do tych zdjęć i pamiętać przede wszystkim świetny finał.

Nie zamieszanie, które wydarzyło się wokół niego.

 
 
 

1 komentarz

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
Mx
26 sie
Oceniono na 5 z 5 gwiazdek.

Dobrze napisane!

Polub

© 2035 by Zoe Marks. Powered and secured by Wix

bottom of page