Dębska Wola miłość do motocrossu zwyciężyła!

Dębska Wola. Ostatnia runda Pucharu Polski oraz Mistrzostw Polski, która odbyła się 10 i 11 października.
Bardzo długo zastanawiałem się, czy jechać. Daleko od domu, a po Łagówku obawiałem się, że frekwencja może być niewielka. Jednak miłość do motocrossu zwyciężyła. Nie mogło mnie zabraknąć na ostatniej, rozstrzygającej rundzie. Przy liczbie kilometrów pokonanych w tym sezonie kolejny tysiąc to już właściwie drobnostka.

I szczerze? Po Dębskiej Woli można powiedzieć naprawdę dużo. Ale wszystkie rozterki związane z wyjazdem wynagradza radość i uśmiech na twarzy Filipa Juszczyka #841, który w tym sezonie był po prostu fenomenalny. Lista jego osiągnięć robi wrażenie: mistrzostwo Polski i Czech, czwarte miejsce na Mistrzostwach Europy oraz drużynowe wicemistrzostwo Europy. Kiedy widzi się sukcesy tak młodego zawodnika, kilometry przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. I właśnie dla takich chwil warto być na torze.
Kuba Kowalski #84 to kolejne nazwisko, które daje ogromną radość, kiedy patrzy się na to, co dzieje się w naszym motocrossowym podwórku. Ktoś napisał w komentarzu na profilu Kuby: „DOMINATOR!!”. Podpisuję się pod tym obiema rękami. „Kowal” jest po prostu niesamowity. Obserwując jego osiągnięcia, można powiedzieć tylko jedno: chcemy tego więcej!

Przypieczętowany dziewiąty tytuł Romana Gwiazdy #416 choć po Łagówku było już właściwie jasne, jak to się skończy również daje ogromną satysfakcję. To kolejny powód, dla którego cieszę się, że ostatecznie zdecydowałem się na ten wyjazd.
Do tego piękna, równa jazda Janka Hinca #24 oraz walka o wicemistrzostwo w Quadach pomiędzy Kacprem Mieszkowskim #117 a Damianem Rajczykiem #469. Rozgrywana na torze partyjka szachów była naprawdę niezłym smaczkiem. Jednym słowem działo się!
Nie można też pominąć Łucji Połaty #18, która również pokazała w tym sezonie swoją dominację, sięgając po niemal wszystkie możliwe trofea. Takie wyniki nie biorą się z przypadku i Łucja udowodniła, że potrafi być niezwykle skuteczna przez cały sezon.
A Karol Kędzierski #26? On od lat się nie zatrzymuje i wciąż dokłada do swojej kolekcji kolejne trofea. Chyba nie ma osoby, która byłaby w stanie z pamięci wyliczyć wszystkie jego osiągnięcia w karierze i podejrzewam, że sam Karol musiałby chwilę się nad tym zastanowić. To nazwisko, które od lat jest częścią historii polskiego motocrossu.

Nie wszystko wyglądało tak dobrze
Jeśli jednak chodzi o całokształt zawodów, nie była to runda, którą pod względem organizacyjnym można stawiać za wzór i wspominać jako przykład do naśladowania.
Moim zdaniem Dębska Wola żyje przede wszystkim enduro i cross country, a motocross nie jest tu najważniejszy. Sam tor ma potencjał. Trudna, specyficzna nawierzchnia nie ułatwia sprawy, ale lokalizacja i ukształtowanie terenu dają możliwości, które można byłoby wykorzystać znacznie lepiej. Patrząc jednak z boku na sposób organizacji, miałem wrażenie, że zabrakło ambicji, by zrobić z tych zawodów coś więcej.
Będąc na tylu rundach, z perspektywy obserwatora i człowieka z aparatem mogę powiedzieć jedno: zawody można zorganizować na dwa sposoby.
Można zadbać o szczegóły, tak jak w Łagówku. Od stanowiska komentatora, przez zaplecze sanitarne i miejsca dla kibiców, aż po hydrauliczny start swoją drogą, rozwiązanie wyjątkowe na skalę europejską. Pomyślano tam nawet o sytuacji, w której zabraknie prądu, i możliwości przejścia na tryb ręczny. Widać, że ktoś przewidział różne scenariusze i chciał przygotować się na każdą ewentualność.
A można też zrobić wszystko na absolutne minimum, nie zaprzątając sobie głowy szczegółami.

Rozumiem, że organizacja zawodów wiąże się z kosztami. Nie wszystko da się zrobić idealnie i nie każdy problem można rozwiązać pieniędzmi. Czasem jednak braki finansowe można nadrobić zaangażowaniem i chęciami. W Dębskiej Woli miałem wrażenie, że podejście było raczej takie: skoro przyznano nam rundę, to ją zorganizujemy, ale nie ma potrzeby specjalnie się nad tym pochylać.
Przy około stu zawodnikach, ich rodzinach, obsłudze i kibicach dostępność toalet, z których trzy z czterech były wyłączone, pozostawiała wiele do życzenia. Brakowało również osoby, która po okrążeniu zapoznawczym wskazywałaby zawodnikom, gdzie mają jechać dalej. Z perspektywy zawodnika podobnych niedociągnięć mogło być znacznie więcej. Ja opisuję to, co widziałem jako gość z aparatem, który ma już za sobą niejeden weekend na zawodach.
Nie twierdzę, że znam wszystkie kulisy organizacji. Wiem jednak, że różnica między zawodami przygotowanymi z dbałością o szczegóły a tymi zorganizowanymi na minimum jest odczuwalna. I to nie tylko dla zawodników.

Mimo wszystko było warto
Ostatecznie to, co wyniosłem z Dębskiej Woli, rekompensują sukcesy zawodników, emocje na torze i obraz, który zobaczyłem w wizjerze aparatu.
Ukształtowanie terenu, specyficzna nawierzchnia i jesienne kolory pozwoliły mi spojrzeć na motocross trochę inaczej. Inne tło, inne światło, inne kadry. Jako fotograf zawsze szukam czegoś, co pozwoli pokazać tę dyscyplinę z kolejnej perspektywy i tutaj udało mi się znaleźć coś dla siebie.
Czy było idealnie? Nie.
Czy żałuję, że pojechałem? Patrząc na to, co zobaczyłem na torze i jakie historie mogłem zabrać ze sobą na zdjęciach zdecydowanie nie.
Bo ostatecznie właśnie za to kocham motocross. Za ludzi, ich emocje, walkę do samego końca i chwile, dla których czasem warto przejechać kolejny tysiąc kilometrów.










Komentarze