top of page

MX Stara Gwardia For life, coś więcej niż trening

19 sie
4 minut(y) czytania
Doping MX Stara Gwardia

Są takie momenty, kiedy człowiek z boku zaczyna dostrzegać rzeczy, których uczestnicy wydarzenia mogą nawet nie zauważać. Cztery zgrupowania Starej Gwardii są dla mnie właśnie takim doświadczeniem. Miałem przyjemność być na każdym z nich – w Lipnie, Więcborku, a teraz również podczas kolejnych spotkań, które prowadzą nas przez tory, na których rozgrywane są zawody Amic Energy. Przed nami jeszcze Człuchów, a we wrześniu finałowe spotkanie w Strykowie. Patrząc na to wszystko z perspektywy fotografa, który przez cały sezon przygląda się polskiemu motocrossowi, coraz bardziej dochodzę do wniosku, że te zgrupowania są czymś więcej niż kolejnym treningiem.

Ich organizatorem jest Jacek Wilkaniec. I trudno byłoby opisać Jacka jednym słowem. Można powiedzieć, że jest zabawny, bo rzeczywiście potrafi rozładować atmosferę i zrobić z pozoru zwykłą sytuację coś, z czego wszyscy się śmieją. Tyle że „zabawny” zupełnie nie oddaje tego, ile jest w nim zaangażowania i przede wszystkim miłości do motocrossu, a no i nie chrapie. W jego działaniach bardzo wyraźnie widać chęć pomocy zawodnikom. I nie chodzi wyłącznie o tych, którzy jeżdżą w barwach Starej Gwardii.

Pamiętam, jak podczas jednego ze zgrupowań patrzyłem, jak rozstawiane są namioty. W pewnym momencie sam powiedziałem Jackowi: „Po co ty je tutaj rozstawiasz? Przecież i tak nikt tam nie siedzi”. Odpowiedź była prosta: „Ale ma być. Może ktoś będzie chciał usiąść”.

Niby nic.

Kilka namiotów, kilka stołów, trochę dodatkowej pracy.

A jednak właśnie z takich drobiazgów buduje się atmosfera.

Bo przecież można powiedzieć, że skoro zawodnicy przyjechali trenować, to wystarczy przygotować tor, trening i zakończyć dzień. Można zrobić wszystko poprawnie, zgodnie z minimum, które trzeba wykonać. Tylko że wtedy dostajemy trening.

Tutaj ktoś próbuje zrobić z tego coś więcej.

Każde zgrupowanie ma swój harmonogram. Treningi są zaplanowane, wiadomo, co będzie się działo i kiedy. Oczywiście nie wszystko zawsze wychodzi dokładnie tak, jak zostało zapisane na kartce. I bardzo dobrze. Motocross nie jest sportem, w którym da się przewidzieć każdą minutę. Czasami trzeba coś przesunąć, zmienić albo z czegoś zrezygnować. Najważniejsze jest jednak to, że istnieje plan. Bo nawet najlepszy plan można zmienić, ale najpierw trzeba go mieć.

Patrząc na to z boku, trudno się dziwić, że kolejne zgrupowania cieszą się tak dużą frekwencją.

Na ostatnim spotkaniu w Strykowie momentami brakowało mi tylko pucharów ustawionych na stole, żeby można było pomyśleć, że zamiast treningu oglądamy małe zawody. Tyle zawodników, tyle motocykli, tyle emocji i przede wszystkim atmosfera, której nie da się stworzyć samym harmonogramem.

Dużą część tego klimatu tworzą trenerzy.

Kuba Barczewski, Łukasz Kędzierski i Szymon Staśkiewicz to nazwiska, których nikomu interesującemu się polskim motocrossem nie trzeba specjalnie przedstawiać. Tym razem jednak nie patrzę na nich przez pryzmat zawodników, tylko trenerów. I tutaj również trudno mówić o przypadku.

Każdy z nich ma swój sposób przekazywania wiedzy, ale łączy ich jedno – widać, że wiedzą, co chcą przekazać. Nie ma przypadkowego machania rękami, rzucania kilku zdań i wypuszczania zawodników na tor. Poszczególne elementy treningu są przemyślane, a przede wszystkim tłumaczone w taki sposób, żeby zawodnicy rzeczywiście mogli je zrozumieć i później wykorzystać.

Z perspektywy fotografa czasami łatwiej zobaczyć takie rzeczy niż komuś, kto sam jest na motocyklu. Stoję z boku i obserwuję. Widzę, jak trener pokazuje konkretny element, jak zawodnicy próbują go wykonać, jak wracają i słuchają kolejnych wskazówek. Widzę też, że nie każdy od razu robi wszystko idealnie. I właśnie o to chodzi. Zgrupowanie nie jest konkursem tego, kto już wszystko potrafi. Ma sprawić, żeby po jego zakończeniu każdy wyjechał z czymś, czego wcześniej nie miał.

Ale chyba największą wartością tych spotkań nie jest nawet sam trening.

Jest nią atmosfera.

Można poczuć się trochę jak na dobrym obozie z grupą znajomych. Ludzie znają się coraz lepiej, rozmawiają, żartują, pomagają sobie. Na torze oczywiście jest rywalizacja. Każdy chce pojechać szybciej, zrobić lepiej zakręt, poprawić skok czy znaleźć lepszą linię. Ale nie ma w tym złośliwości ani wrogości. Jest zdrowa sportowa konkurencja, która zamiast dzielić, potrafi jeszcze bardziej napędzać.

I chyba właśnie dlatego tak dobrze się na to patrzy.

Bo motocross jest sportem indywidualnym, ale rozwija się dzięki ludziom, którzy są obok.

Zawodnik sam siedzi na motocyklu, sam odkręca gaz i sam ponosi konsekwencje każdego błędu. Ale za nim zawsze stoi ktoś jeszcze. Trener. Mechanik. Rodzina. Kolega. Czasami ktoś, kto po prostu poda rękę, kiedy trzeba podnieść motocykl.

Stara Gwardia próbuje stworzyć właśnie taką społeczność.

I mam wrażenie, że coraz lepiej im to wychodzi.

Najlepszym przykładem jest finałowe zgrupowanie. Jacek postanowił dodatkowo zachęcić zawodników do udziału we wszystkich spotkaniach i załatwił sponsorów, dzięki którym pomiędzy uczestników zostały przygotowane nagrody. Do losowania trafił między innymi rower, okleinę, opłacone wpisowe, a nawet motocykl.

To już nie jest zwykły trening.

To jest inicjatywa, która pokazuje, że komuś zależy na tym, żeby zawodnicy chcieli być częścią tej społeczności.

I właśnie takich rzeczy w polskim motocrossie chciałbym widzieć więcej.

Nie dlatego, że każdy trening musi kończyć się losowaniem motocykla. Nie o to chodzi. Chodzi o sposób myślenia.

O to, żeby zrobić coś więcej, niż absolutne minimum.

Żeby pomyśleć o zawodniku nie tylko jako o numerze na liście startowej.

Żeby stworzyć miejsce, do którego chce się wrócić.

Mam możliwość obserwowania tych zgrupowań od początku i chyba właśnie dlatego coraz mocniej widzę, jak bardzo różnią się one od zwykłego treningu. Nie chodzi tylko o liczbę zawodników czy nazwiska trenerów. Chodzi o to, że tutaj cały czas dzieje się coś obok samej jazdy.

Ktoś rozstawia namiot.

Ktoś przygotowuje harmonogram.

Ktoś tłumaczy zawodnikowi, dlaczego w tym zakręcie powinien zrobić coś inaczej.

Ktoś inny żartuje przy stole.

Na torze trwa rywalizacja, a poza nim tworzy się coś, co z czasem zaczyna przypominać małą społeczność.

I chyba właśnie dlatego z każdym kolejnym zgrupowaniem coraz bardziej lubię tam być.

Nie tylko jako fotograf.

Po prostu jako człowiek, który może popatrzeć na motocross z trochę innej perspektywy.

Przed nami jeszcze Człuchów, a później finałowe zgrupowanie w Strykowie. Będę tam również z aparatem.

I jestem ciekaw, jak ta historia będzie wyglądała na końcu sezonu.

Bo jeśli po czterech spotkaniach ktoś zapytałby mnie, co najbardziej zapamiętałem, prawdopodobnie nie wskazałbym jednego treningu ani konkretnego zawodnika.

Powiedziałbym: ludzi.

Bo można mieć dobry tor.

Można mieć świetnych zawodników.

Można mieć najlepszych trenerów.

Ale dopiero kiedy połączy się to wszystko z odpowiednią atmosferą, powstaje coś, do czego ludzie chcą wracać.

I mam wrażenie, że właśnie to udało się stworzyć Starej Gwardii.

Nie tylko trening.

Miejsce, do którego chce się przyjechać.


PS. Jacku czekam na koszulkę obiecaną ;)


 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń

© 2035 by Zoe Marks. Powered and secured by Wix

bottom of page